Kraj mazurski leży na południu Prus Wschodnich – są to głównie jeziora i lasy. Nazywa się tę ziemię często krajem tysiąca jezior, w czym istotnie nie ma żadnej przesady. Doktor Kowalski, znakomity znawca naszego kraju, szacuje ich liczbę na "jakieś mniej więcej trzy tysiące". Nierzadko jako chłopca ogarniało mnie uczucie, że jezioro, w którym się właśnie kąpię, należy do mnie. Tylko do mnie. I tak istotnie mogło się wydawać – jak okiem sięgnąć ani żywej duszy. I nieraz byłem skłonny wierzyć, że każdy mieszkaniec Prus Wschodnich, a przynajmniej każdy Mazur, posiada swoje własne jezioro. Ale odzierająca zazwyczaj ze złudzeń statystyka stwierdza: udział powierzchni wodnych, a więc jezior, w całej powierzchni Mazur wynosi jedynie nieco ponad dziesięć procent. To wcale niemało, na Boga, ale sprawiało zawód żywym dziecięcym wyobrażeniom. Bo my, chłopcy, sądziliśmy, że całe Mazury stanowi jeden jedyny gęsty łańcuch jezior, a my szczęśliwe dzieciaki, przemykaliśmy tylko między nimi. Natomiast udział lasów w całkowitej powierzchni kraju był niemal zdumiewająco wielki, wynosił ponad trzydzieści procent. Tak wielkich obszarów leśnych nie było nigdzie indziej w całych Niemczech, a przynajmniej w Prusach. Ale także ani w Bawarii, ani w Szwarcwaldzie – nigdzie. Były to głównie lasy sosnowe. Niektóre pnie – "maszty okrętów płynących w wieczność" – osiągały wysokość ponad czterdziestu metrów. Trzech rosłych chłopów musiało dobrze się wysilić, by objąć ramionami taką legendarną królewską sosnę nad Jeziorem Mokrym. Ale my wprost żywiołową miłością darzyliśmy wody – i nie tylko te przeważnie głębokie, czyste, wschodniopruskie jeziora, ale także kusząco ciche podmokłe torfowiska, zarosłe bajora i stawy, wpływające do nich potoczki, bystre, torujące sobie wśród zarośli drogę, obfite w ryby rzeki. A w głębi najgęstszych lasów kryły się liczne okrągłe oczka wodne – polśniewały czystym pruskim błękitem i były do dna przejrzyste. Wiele naszych jezior osiągało głębokość sześćdziesięciu, a nawet osiemdziesięciu metrów. Budzące dreszcz przerażenia i rozkoszy otchłanie, oglądane ze ślizgającej się po powierzchni lustra wody łodzi. Czuło się tu kuszące władanie Wodnika (Hans Hellmut Kirst, Moje Prusy Wschodnie).

Brzegi Jeziora Siedmiu Wysp są grząskie. Łodzie trzeba zostawiać daleko na wodzie i brnąć po kolana w brudnej i oślizgłej mazi, szukając mocniejszego oparcia na kępach ostrych, wysmukłych traw. Nad wodą od wieczora po późny świt stoi gęsty opar. Bagniste, nisko położone jezioro nasyca powietrze mdłą wilgocią, niosącą się gnilnym zapachem butwiejących roślin. Woda jest szara, mętna, zamulona tak silnie, że rzadko gdzie widać przez nią głębiej jak na dłoń. Kształt linii brzegowej zmienia się co chwila, wydyma półwyspami i cofa zatoczkami, znaczy się jakąś dziwnie strzępioną linią. Sprawiają to pływające wyspy, stale zmieniające swe położenie, niezależnie od wiatru i pogody. Wokoło pierścieniem rozsiadły się trzciny i sitowie, pachnie przytulony do nich tatarak. A potem już jest turzycowisko, piękne, rozległe, przy najlżejszym wietrze szumiące jak wody jeziora, przewalające się na kształt fal łanami gnidosza o karbowanych liściach, turzycy i rozweselającej wszystko swym białym puszkiem wełnianki. Torfowa wierzba ściele się kępami wiodąc zacięty bój z gęstwą rozpanoszonych szuwarów. Obok szaro-białego mchu torfowego na nieco wynioślejszych miejscach wykwitają ciemnoliliowe wrzosy, odbijające jesienią od karminu dojrzewających żurawin. Ostre, trójgraniaste słupki turzycy pną się wysoko, aż ginie w nich szukająca schronienia sarna. Na niektórych łodygach, chwieją się kuliste gniazda myszy badylarek. Bataliony na swych długich, cieniutkich nogach błyskawicą śmigają przez gęstwę traw (Eugeniusz Paukszta, Warmia i Mazury). (JS).

TU JESTEM     CYTATY     KSIĄŻKI     CZYTELNIA     GALERIE     VARIA     LINKI     KONTAKT     HOME     projekt i wykonawstwo strony js